Z cyklu 'prokrastynacja na poziomie zawodowym'
Madre Dios, przydałoby sie wreszcie coś napisać, bo tak bardzo wszystko sie teraz kręci.
Ciągle coś się dzieje, ludzi, których znam coraz bardziej, sytuacje nowe i zupełnie inne niż dotychczas.
I powinnam się cieszyć i miec jakąś motywację, żeby działaś dalej. I cieszę się, tak bardzo bardzo. Ale motywacji nie mam.
Znaczy się mam na pięc minut i potem to wszystko znowu siada.
To co sie dzieje dookoła mnie- za ciężkie, a nie umiem określić czy siły mi się kończą czy nie.
A kiedy ktoś mnie pyta jak jest, odpowiadam, że walczę, że jest lepiej i dalej mi przykro, że klamię. Przepraszam, ale najchętniej podałabym wam wszystkim kartke, na której będzie wszystko jak sie czuję. Wtedy byłoby mi łatwiej.
Bardzo mi wstyd za siebie, ale inaczej nie potrafię. Wygląda na to, ze oszustwo jest ostatnią formą przekonania samej siebie, że jakoś dam radę. Czuję jak zżera mnie samotnosc, tęsknota, choroba i przymuszanie sie do toczenia się dalej, tylko nie wiem akurat dlaczego najbardziej na samym finiszu.
Zapłakane pobudki, od wielu dni. Bo placz przez sen jest dobry, prawda?
Ale ze mnie zrzęda, do tego dwubiegunowa, która za jakiś czas powie znowu, że jest cudownie i wspaniale.
25/05/2012 15:27:16
15/04/2012 18:04:02
04/04/2012 15:30:07
28/03/2012 1:39:16
16/03/2012 18:18:48
12/03/2012 12:21:09
26/12/2011 0:16:47
28/11/2011 2:06:31
Wszystkie wpisy