"Jeden, dziewięć, kluczyk, sześć, trzy, trzy, jeden. Piiii! I hops, hops, siedem stopni, dziewięć, dziewięć, pierwsze piętro, drzwi na lewo, ładne, brązowe, z miedzianą dziewiętnastką i tabliczką z nazwiskiem i otwieram drzwi, nawet nie pukam, bo i po co, skoro tylko On w mieszkaniu, skoro dobrze wie, że idę, bo słyszał sygnał domofonu i ciężkie kroki na klatce schodowej, a ja zawsze biegnę po tych stopniach, niecierpliwa i spragniona Jego bliskości. Wita mnie najpiękniejszym uśmiechem pod słońcem, Mój Mężczyzna, jedyny taki. Bierze ode mnie sweter, przecież doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie będzie mi potrzebny przy Nim. I nie, to nie jest tak, że ja przychodzę do Niego albo On do mnie, obojętne, i rzucamy się na siebie, jak wygłodniałe zwierzęta, pożeramy się wzajemnie, bez pamięci. Zdarza się tak, owszem, nie powiem, że nie. Ale tak naprawdę oboje najbardziej lubimy leżeć obok siebie, nadzy i to wszystko, po prostu tak blisko, że obserwujemy sobie nawzajem nasze znamiona, które mamy od urodzenia, widzimy każdą nową plamkę i z zamkniętymi oczami jesteśmy w stanie powtórzyć układ pieprzyków na naszych ciałach. Przed sobą tylko się do tego przyznajemy, nie mówimy o tym innym, na głos, bo by wyśmiali, nie zrozumieliby, dla nich bliskość jest jednoznaczna z ostrym rżnięciem rodem z bawarskich pornoli i ich kpina zabiłaby magię, która rozświetla ten nasz mały obrządek, odarłaby z tajemniczości delikatne muśnięcia ustami, nieśmiałe z początku gładzenie po plecach, okradłaby nas z dreszczy, jakie przeszywają nasze ciała, tak samo silne, jak za pierwszym razem. I tak właśnie dzieje się dzisiaj, teraz, moja koszulka jak zawsze ląduje na podłodze, On jak zawsze śmieje się z mojego biustonosza, bo po co go nosisz, kochanie, tak ładnie ci bez niego, a On tak ładnie się śmieje, szczerze i głośno, ja próbuję rozpiąć Mu spodnie zębami i jak zawsze w końcu pomagam sobie palcami, a On jak zawsze udaje, że tego nie zauważa, ale ja się przyznaję, że trochę oszukiwałam i obiecuję, że kiedyś mi się uda, tylko musimy częściej ćwiczyć. A kiedy już trochę się sobą nasycimy, bo tak całkowicie się nie da, mi zawsze jest Go mało, ciągle chciałabym Go więcej i więcej, wtedy usiądę, założę majtki, pójdę do kuchni, postawię wodę na kawę, rozpuszczalną, niedobrą, ale innej nam się nie będzie chciało robić, przyniosę papierosy i będziemy palić patrząc na popękany sufit w Jego pokoju, popatrzę potem na Niego, pomyślę Boże, proszę cię, niech to moje szczęście się nie kończy, a On zapyta co jest, mała?, odpowiem nic, nic i przytulę się do Niego tak mocno, mocno, najmocniej jak potrafię, a później z niedopałków ułożymy serduszko, ckliwie i romantycznie, dwie łyżeczki cukru za dużo, przesłodzone, ale nasze, wspólne i niech się nie kończy, błagam."
<3