|
2012/03/09
|
|||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||
|
|||||||||||||||||
Z cyklu myśli wolnych i mniej wolnych. Od razu zastrzegam sobie prawo do bycia sentymentalną i patetyczną, nikt nie musi się zgadzać z tym, co napisałam, ani brać sobie tego do serca.
Zdecydowanie też nie musi komentować, jeśli nie ma nic do powiedzenia w temacie. Dziękuję.
Dni, tygodnie, miesiące. Lata mijają szybko, nawet jeśli na siłę staramy się zatrzymać czas przy sobie. Dobre chwile trwają krótko, są ulotne i nietrwałe, w przeciwieństwie do tych złych, których istnienie ciągnie się przez wieczność. A przynajmniej tak nam się wydaje.
O wiele lepiej jest wracać do tych miłych chwil, to rzecz oczywista. W życiu jednak potrzeba kontrastu, trzeba zachować balans między jasnym i ciemnym, by prawdziwie doceniać te lepsze momenty.
Nie wiem jak u innych, ale u mnie tłem do jasnych i ciemnych chwil zawsze była muzyka. Prawdopodobnie podświadomie, lub też nie, dobierałam utwory robiąc z nich coś w rodzaju osobliwej ścieżki dźwiękowej, rodem z filmu. Bywały to naprawdę różne kawałki, różni wykonawcy, niezdefiniowana mieszanka stylów i nurtów, ciężko wszystko spamiętać, chociaż jak tak teraz o tym myślę, to może warto byłoby kiedyś gdzieś to spisać. Będzie się z czego pośmiać za kilka lat.
Zdarzały się utwory przypadkowe i takie, do których emocjonalnie przywiązywałam ogromną wagę. Piosenki warte dla mnie tyle, co puch na wietrze, ale pasujące do panującego nastroju i takie, których cena& Cóż. Powiedzmy, że mało kogo byłoby stać.
Rzecz w tym, że wcześniej nigdy nie poświęcałam żadnemu zespołowi większej uwagi. Owszem, znałam kilka lepiej od reszty, słuchałam częściej przed snem, lub gdy czytałam książki. Dopiero po jakimś czasie, gdy po uszy wpadłam w fandom muzyki japońskiej, zorientowałam się, że zaczynam przywiązywać się do zespołu, nie tylko do jego muzyki, poszczególnych piosenek, które prędzej czy później odchodziły w zapomnienie.
Było tych zespołów kilka, na przestrzeni lat do paru z nich straciłam serce, wypadłam z obiegu, zapomniałam. Z wielu pozostały cztery. Jeden się rozpadł, drugi jest dla mnie symbolem bólu i oczyszczenia, drogą, z której się nie wraca, ale która też nie prowadzi donikąd. Byle do przodu.
Jeden zawsze stanowił źródło czystego, niezachwianego zachwytu nad kunsztem wokalisty i jego brzuchem. Tak, jestem wzrokowcem, jak większość moich znajomych, płci męskiej.
Każdy z nich ma jednak na koncie coś, co sprawiło, że moje uczucia nieco osłabły.
Ten ostatni, który jest docelowym tematem tego przydługiego wywodu, nigdy mnie natomiast nie zawiódł. Nigdy nie czułam się oszukana, czy niezadowolona, nigdy nie miałam wrażenia, że płyta została nagrana na chybcika, chociaż spotykałam się z różnymi opiniami.
Najprawdopodobniej zostanę oskarżona o totalny brak krytyki, ale szczerze, niezbyt mnie to obejdzie. Umiem być krytyczna i spojrzeć na nich nieprzychylnie, potrafię określić co mi się nie podoba i co bym zmieniła. Ale w gruncie rzeczy zwykle milczę, bo tak naprawdę nie zmieniłabym nic.
Dzisiaj, 10 marca czasu japońskiego, mija dziesięć lat od chwili, w której the Gazette debiutowało.
To jednocześnie dużo i mało. Mało, bo przecież są starsze, bardziej doświadczone, być może bardziej doceniane i znane zespoły. Dużo, bo przez tych dziesięć lat zdążyli powoli wspiąć się na szczyt i zostać swoistego rodzaju ikoną. Nie będę rozwodzić się nad ich sławą, nad tym gdzie są znani, nad tym jak daleko w tyle zostawili konkurencję. Nie ma powodu. Nigdy nie skłaniałam się ku nim jedynie dlatego, że byli akurat na topie. Zwyczajnie zakochałam się w tym co tworzyli od pierwszej trywialnej nuty jaką przyszło mi usłyszeć.
I wcale nie chodziło tu tylko o to, że ich wokalista wygląda fantastycznie w najbardziej neonowo-różowych spodniach, jakie w życiu widziałam.
Liczyła się przede wszystkim o wokal. Odezwie się pewnie wiele głosów twierdzących, że Ruki nie jest takim dobrym wokalistą, że fałszuje, burczy zamiast growlować i w ogóle, to ledwo go na scenie widać. Może i tak. Osobiście lubię wszystkie jego niedociągnięcia, których to trzeba przyznać z czasem zaczęło być coraz mniej. Lubię sposób w jaki przeciąga dźwięki i wprawia je w wibrację, lubię, kiedy śpiewając zamyka oczy i wydaje się być gdzieś bardzo, bardzo daleko, ale jednocześnie wciąż tak blisko. Lubię, gdy szepcze do mikrofonu i gdy uśmiecha się do fanów, często przez łzy.
Na pierwszy rzut beretem, GazettE brzmi jak pierwszy lepszy rockowy zespół. Na pierwszy, bo kiedy Ruki zaczyna śpiewać, wszystko ulega diametralnej zmianie. Nagle okazuje się, że gitary są ekstraordynaryjne i nieprzewidywalne, bas awangardowy, a perkusista wydaje się troić za zestawem, zza którego widać tylko czubek jego rozczochranej głowy i stuwatowy uśmiech.
Mogłabym rozwodzić się nad tym godzinami, ale nie ma sensu. Robiłam to już kilkakrotnie na różnych konwentach i z różnymi ludźmi. Nie będę przekonywać na siłę, bo wnikanie na pole gustów i guścików zawsze było ryzykownym posunięciem. Każdy słucha tego, co mu pasuje. I na tym poprzestańmy.
Wracając jednak do głównego motywu tej pochwalnej wypowiedzi.
W moim soundtracku wiele było utworów chybionych i takich, które znienawidziłam, bo przypominały. Zwykle o tym, czego nigdy nie chciałam pamiętać, lub o tym, o czym pamiętać było trudno. To normalne, chyba każdy człowiek może wpisać na swoje konto kilka takich piosenek, które trzyma na dysku/mp3/telefonie, ale nigdy nie słucha. Po prostu są, gotowe w każdej chwili poprowadzić nas ku ciemności.
Czasem jednak może być dokładnie odwrotnie. Jeśli miałabym wskazać takie utwory, posiłkując się tylko i wyłącznie twórczością GazettE, byłoby to niewątpliwie Guren, Cassis i Taion.
Zdziwieni? Ci, którzy znają pierwszy i trzeci tytuł, powinni rozumieć. Ci, którzy znają również drugi, pewnie są mocno zaskoczeni.
Taion, ze swoją symboliką i przeslaniem, zawsze był utworem, który kojarzył mi się niebywale źle. Słuchany w chwilach kiedy sama już nie wiedziałam gdzie jest dół, a gdzie góra, tylko potęgował uczucie niechęci. To nie tak, że nie lubię tej piosenki. Kocham ją, nienawidząc jednocześnie.
Z Guren i Cassis sprawa jest o tyle prostsza, co zwyczajnie żałosna w swej prostocie. Obie kojarzą mi się z osobą, która weszła w moje życie z butami, zdeptała to, co miała do zdeptania i zwyczajnie pewnego dnia odeszła, bez najmniejszego ostrzeżenia, zostawiając mnie w kiepskiej kondycji psychicznej i w wielkim zdezorientowaniu.
Już nie żałuję, nie tęsknię, już nie jest mi żal. Trudno. Widocznie tak musiało być. Widocznie, bo sama o tym zadecydowała, nie pozwalając mi zareagować, nie dając szansy na zmianę czegokolwiek. Teraz, kiedy patrzę na to z perspektywy kilku lat, jestem pewna, że to w niej był problem. Ona stworzyła tą chorą sytuację i ona sama, nikt inny, ponosi za to winę. Ja zapłaciłam. Trudno.
Żałuję jedynie tego, że zniszczyła dla mnie dwa, piękne utwory.
A skoro już jesteśmy przy sercołamaczach, do listy dorzucę w tym miejscu Pledge, D.L.N i Chizuru. O ile pierwsza z nich zawsze wywołuje u mnie słodko-gorzki uśmiech i uczucie bezgranicznej nostalgii, o tyle dwie kolejne potęgują uczucie pustki i zagubienia, niemniej jednak docierają do samego sedna problemu i pozwalają wynieść się w górę, ponad to wszystko.
Osoba, dla której muzyka jest tylko elementem otoczenia, to co właśnie piszę może wydawać się nieco chore, pokręcone, ale wiem, że są ludzie, którzy doskonale to zrozumieją. Muzyka jest narkotykiem, który uzależnia niezwykle mocno i powoduje różne reakcje, czasem kompletnie nieadekwatne do przesłania utworu. Ciężko to wytłumaczyć, ale potrafi równie łatwo wprawić w stan głębokiego smutku jak i nieopanowanej euforii.
Tym właśnie jest dla mnie to, co robi GazettE. Nawiązując do metafory: mimo, że często sięgam po inne prochy, mimo, że starałam się kilka razy odstawiać ten jeden, nigdy mi się to nie udało. Jestem ciężko uzależniona od ścieżki dźwiękowej, jaką tworzę w tle własnego życia i niebywale mi z tym dobrze. W gruncie rzeczy.
Cenię sobie chwile, kiedy na drugim planie leniwie przygrywa Calm Envy albo Sumire. Lubię te, kiedy w buńczuczny, zaczepny nastrój wprawia mnie LEECH albo Ruder. Czasem pokażę komuś środkowy palec słuchając AGONY lub VORTEX.
Chociaż ostatnio wszystko zalatuje takim THE SUICIDE CIRCUS, trzeba to jakoś przetrwać.
Minęło dziesięć lat. Z tej okazji życzę im kolejnych dziesięciu. Życzę inwencji twórczej, życzę, by się rozwijali i nigdy, nigdy nie zostali w tyle za własnymi marzeniami.
Życzę im wszystkiego co najlepsze i życzę tego także sobie. Bo bez nich bardzo wiele wspomnień straci swoją wartość, staną się szare i smutne, chociaż kiedyś były tymi najp
09/03/2012 21:48:14
31/07/2011 22:33:08
03/07/2011 22:43:55
19/06/2011 10:30:03
05/06/2011 19:14:53
20/04/2011 0:48:37
27/03/2011 1:37:15
07/03/2011 21:47:46
Wszystkie wpisyladydupa
crazyasia93
materacyk
shinyaa
nishimuramana
dispar
miczq
vanillaxsky
Wszyscy znajomi