Pączo, pączo, pączo!
Ten entuzjastyczny okrzyk wcale nie jest okrzykiem radości, ani nawet nie jest okrzykiem. Aczkolwiek wykrzyknik ładniej się komponuje.
Odkąd pamiętam zawsze starałam się w jakiś sposób bojkotować tłusty czwartek, albo przez zwykłą niepamięć, albo przez ignorancję, irytację. A to wszystko przez nienawiść do pączków, lukru, kalorii i wroga mojego odwiecznego: skórki pomarańczowej. Potem zaczęłam adorować pączki z advocatem, zresztą wtedy uwielbiałam wszystko co miało w sobie advocat poza samym advocatem. A te pączki nie dość że miały w sobie advocat, były dość małe to jeszcze miały cukier-puder zamiast lukru! Ale potem mi się znudziły.
Od czasu jakiegoś jednak zaczęłam po prostu wpierdalać pączki tłustoczwartkowe w ogromnych ilościach. Rok temu zjadłam pięć, wydłubując do zlewu mojego wroga - skórkę pomarańczową. Dziś nawet nie pamiętam. Wiem tylko że różowy lukier mnie urzekł, a moja rodzicielka jako zaopatrzeniowiec pączkowy wreszcie pojęła mą nienawiść do kandyzowanej skórki pomarańczowej. Ostatniego zjadłam na pół, i ostatnie pół które właśnie połykam zostało uwiecznione. Stałam się pączkowym potworem.
Natomiast faworki mają dziś posmak smalcu.
Pomijając pączkową rozpustę, trwam zawieszona w czasoprzestrzeni autodestrukcji emocjonalnej.
I mam iście nasrane w głowie. A moje działania są iście irracjonalne.
Po za tym nudzę się okropnie. Nieważne co bym robiła, czym się nie zajęła - nudzę się straszliwie. Podczas oglądania filmu, czytania książki, nawet podczas pisania tego gówna, się po prostu nudzę.
Mam niebezpieczną ochotę na działania. Na naukę, na robienie rzeczy kreatywnych w jakimś stopniu, tylko że nic nie robię nadal. Siadam, albo po raz kolejny odwiedzam bezowocnie lodówkę czekając aż mi przejdzie (ukłon w kierunku pięknej pani która umie to tak łanie nazwać).
Odstawiłam tabletki, mam huśtawkę nastrojów i niesamowitą ochotę na seks. Pomijając fakt że zapomniałam chyba jak to się robi, i nie ma nikogo kto by chciał (i ja także) mi przypomnieć troszkę.
Sobota: nowy kolczyk. W następnym czasie czas przyjdzie na zmiany na głowie. Szukam punktu zwrotnego w mojej delikatnej i dekadencyjnej egzystencji, i jak to ja, zaczynam od wyglądu. Niestety dochodzę do wniosku że w tych kategoriach jestem dość pusta. I zdecydowanie próżna. Czuję się usprawiedliwiona.
Mam za dużo książek do czytania, mam za dużo liter do wymyślenia i poskładania w ładne wyrazy i zdania, mam za dużo papierosów do wypalenia żeby myśleć o sobie, ale to i tak nie zmienia egoistycznego mego spojrzenia.
Moją ostatnią i najgłębszą miłością stał się Henri Marie Raymond de Toulouse- Lautrec Monfa. Taka moja miłość głęboka że nauczyłam się jego pełnego nazwiska na pamięć. MIłość w kolorach absyntu i Moulin Rouge. Sprzedajna miłość na każdym rogu ulicy.
Ktoś namiętnie mąci mi w głowie gryząc mocno i boleśnie (ale jakże przyjemnie) gdzie się da i licząc żebra językiem. Opowiada mi bajki nie mające racji bytu, a ja masochistycznie się w tym podtapiam, znajdując w tym namiastkę pewnej chorej erotycznej satysfakcji. Aczkolwiek status mój na więcej mi nie pozwoli, i męczący jest bardzo. Odkrywam w sobie nowe pokłady irracjonalnej zazdrości odbijające się w szarej rzeczywistości na osobach zupełnie przypadkowych. Chorobliwa nieśmiałość z dzieciństwa przerodziła się w obsesyjną trochę acz równie chorobliwą zazdrość.
Marzę o odgrzewanych związkach. Wniosek dnia dzisiejszego brzmi: Poznaję wielu odpowiednich ludzi w nieodpowiednim dla mnie lub dla nich czasie, za późno, lub za wcześnie, natomiast w czasie najlepszym możliwym udaje mi się związać z osobami tego niewartymi. Niewartymi głównie mojego zaangażowania emocjonalnego. Ludzie się nie zmieniają, zmienia się rzeczywistość i dystans.