Tak właśnie.
Dobrze mi tu, naprawdę mi tu dobrze.
Z pokoju obok dobiegają dźwięki francuskiej telewizji.
Chłopcy na górze wystukują nogami jakiś dziwny rytm.
A ja stwierdzam, że to właśnie TO miejsce i TEN czas w którym powinnam być.
Francuski staje się coraz to łatwiejszy,
ludzie przyjemniejsi,
a rzeczywistość coraz bardziej moja.
Z wieloma atrakcjami wymyślanymi z tradycyjną polską energią,
weekendowymi wycieszkami (patrz: niesamowicie udane Angers u góry),
darmowym ping-pongiem w Decathlonie,
mnóstwem Maca i Subwaya, herbatą z anioła,
rozmowami o wszystkim i o niczym
i stołówkowymi inspiracjami.
Po prostu czuję się tu coraz lepiej i lepiej. I na razie chcę tu zostać.
Co nie oznacza, że nie tęsknię.
Wręcz przwciwnie.
Ale staram się dać sobie z tym jakoś radę.
Kocham was wszystkim mocno, miśki!