Photoblog.pl

Załóż konto

Zachodzik

Dodane 10 PAźDZIERNIKA 2017
Wyświetleń: 247

Ja na Niko pierwsza z lewej, reszta to dziewczyny z obozu jeździeckiego :)

 

Tęsknię już za latem, ech. Dzisiaj od rana taka szarość, że z łóżka się nie chce wychodzić. A nawet jak się przejaśniło, to i tak wietrzysko, że łeb urywa. Ale ja nie o tym. Chciałam tu sobie zapisać moje przeżycia z jednego terenu w pracy, które opisywałam koleżance. Bo to nielicha historia i chcę ją mieć tu zbunkrowaną.

 

Wybieramy się w wieczorny teren na cztery konie. Ja standardowo na Brawce, z czego standardowo nie byłam zadowolona, bo Brawia to czort i naprawdę często były z nią duże problemy w galopie, zawsze musiałam się solidnie namęczyć żeby mnie nie poniosła. Nazywałam ją zamiennie Guźcem albo Smoczycą, przy szybszym ruchu z jej nozdrzy niemal strzelały płomienie. Była za trudna dla dzieciaków i nie pracowała na placu, więc po prostu musiałam ją brać jako konia czołowego, żeby spuściła trochę pary i odciążyła konie, które tyrały więcej. Już kiedy wyjeżdżałyśmy zbierało się na deszcz, typowe ciemne chmurzyska sunęły znad morza. Tereny były o takiej porze, że zachód słońca zaczynał się jak byliśmy w lesie i kończył akurat kiedy wracaliśmy plażą. I tym razem też tak było, ale przez nadciągającą burzę wszystko wyglądało naprawdę surrealistycznie - słońce nie mogło się przebić przez chmury, więc światło tylko przeciekało przez nie jak przez sito i cały las był skąpany we wściekłym pomarańczu. Jakby blask pochodził z łuny ogromnego pożaru, a nie z nieba. Byłam mega podekscytowana, przemierzaliśmy te ścieżki jak wyklęci jeźdźcy na piekielnych rubieżach. Zaczęło grzmieć, powłoka chmurek pękła i zaczął padać ostry, gęsty deszcz. Dziewczyny, jak to dziewczyny, w pisk, ale przeszczęśliwe, ja z nimi. Zarządzam galop. Ciśniemy, nic nie widzę na oczy, Brawcia wyjątkowo opanowana, wystarczyło, że ją przysiadłam i szła jak marzenie. Ach. Dojeżdżamy do zejścia na plażę, przestało padać, ale znowu coś tam w oddali grzmi. Wyciągam telefon i dzwonię do Szefowej, że idzie na burzę, ale już w sumie nie opłaca się wracać, dziewczyny chcą jechać koniecznie plażą, więc czy mogę czy lepiej cofnąć się lasem? Powiedziała, że spoko, możemy plażą. Wyjeżdżamy, puściutko, piach cudownie utwardzony deszczem, kamieni brak, idealnie. Sklepienie nam już w tym czasie całkiem zsiniało, jeszcze tylko na horyzoncie widać jaskrawą bliznę po zachodzie słońca. Stępujemy chwilę, moczymy kopytka, ale zaczęło mocniej grzmieć bardzo blisko nas, niebo pęka błyskawicami, więc mówię dziewczynom, że zbieramy konie i puścimy się takim szybszym galopem, bo trzeba zdążyć zanim naprawdę przyjdzie burza. Rozpędzamy się, jest mega, na gładkim piachu kopyta wygrywają taki werbel, że żyć się chce. Oglądam się, wszystkie trzy za mną cisną, elegancko. Nagle walnął w morze potężny piorun, błysnęło okropnie i łomot. Oglądam się drugi raz, a tam już Wicher leży, a pozostałe dwa konie ponoszą, zrównały się ze mną, wyprzedziły, żegnam. Brawia dostaje amby, więc już nawet jej nie wstrzymuję, tylko gonię tamte dwa i drę się instrukcje, spycham konie na głębszy piach. Dobra, stoimy, leci Wichura, bez jeźdźca oczywiście. Jakoś udaje mi się zajechać mu drogę i złapać za wodze. Dopiero wtedy mam czas obejrzeć się za dziewczyną, naturalnie zawał czy nie leży połamana. Ale nie, BIEGNIE. Uffff! Dotarła, wszystko dobrze, chce wsiadać, ale Wicher szaleje, nie daje się dosiąść. Zsiadam z Brawci, nieszczęsna upadła amazonka wsiada na nią, a ja jakoś wdrapuję się na tego durnia Wichra. Nie chce za bardzo iść, zmagamy się przez chwilę, on taki biedny cały w piachu, wystraszony.... W końcu jakoś go ogarnęłam i już potem było okej. Dziewczyny resztę drogi jarały się rzekomym cwałem (którego nie było), a ja jechałam sobie z moją traumą i obczajałam, czy mi rumak czasem nie kuleje. No i o. Jak strzelił ten piorun to ciamajda odskoczył na tyle pechowo, że trafił kopytem na taki "schodek" który wygryzły fale, stracił równowagę i tyle. Najlepsze jest to, że następnego dnia w terenie znów coś mu odwaliło i przeszedł sobie do stępa podczas gdy my galopowaliśmy i gdy się obejrzałam to go po prostu NIE BYŁO, a mi w głowie taka myśl "Omatkobosko NIEMOŻLIWE żeby znów się wywalił". Na szczęście zaraz do nas dołączył, więc nie zdążyłam się za bardzo zestresować.

Taka historyjka.

zkoniowananamaxa Jakie niebo *_*
Wicher to to fryzicho nie :D fryzy są stworzone do pozowań, a nie kurde się wybrały w tak okropne warunki nie dla modela!
11/10/2017 17:06:22
canter Tak, Wichura to akurat fryzik i ogólnie jest bardzo spoko, tylko płochliwy dziad :D
11/10/2017 19:36:53

~anna Co za akcje xD lepsze niż moje z dębującym Łaciakiem.
Ale tak serio niebezpiecznie to z opisu wyglądało, dobrze, że Wam i koniom nic się nie stało !
11/10/2017 13:05:30
ZAPRASZAM NA SESJE