wyrwałam się dziś ze szponów tej psychodelicznej lochy peppy na której punkcie oszalał mój najmłodszy z braci bo polazłam do szkoły. w sumie wczoraj też polazłam, z tą różnicą że dziś rzeczywiście do niej dotarłam.
nie chce mi się nigdzie wytaczać dupska z domu, łatwo więc wywnioskować że moje życie towarzyskie wprost kwitnie. taki ze mnie jebany malkontent, domator, obibok i wałkoń (wpierdoliło mi gdzieś feminizację języka) że jest mi wstyd. prawie tak wstyd jak wtedy, kiedy - za czasów kiedy byłam jeszcze młoda i wiecznie napalona - rozmawiałam z moim byłym chłopakiem przez pół nocy a następnego dnia tata spytał mnie czy zatrudniłam się dorywczo przy sekstelefonie (<reklama>jestem wolna</reklama>).