serdecznie zapraszam ;)

Wypromuj się tutaj

Boże Ciało 

2009/02/21   

kapucynki

« następne   poprzednie »
kapucynki

30 stycznia, tuż przed 10 wieczorem siedziałam w Nowej Prowincji. Następnego dnia kończyła się jedna umowa najmu mieszkania i zaczynała się druga. W jednej kieszeni miałam jeszcze klucz do Galla, w drugiej był już klucz do Kapucyna. Alicja była u lekarza, a Agata na dworcu. Jedną ręką trzymałam się za szklankę grzanego wina, drugą łapałam to, co ciekło mi z potylicy.

Przekombinowana umowa do końca kwietnia. Niech będzie. Epizod kapucyński. Zaczynamy. Co z bębnami i trzaskaniem drzwiami? Duże, chłodne przestrzenie. Królewskie, 4-metrowe sufity. Królewskie, 100-letnie konflikty  uwzględnione w umowie. Dwie umowy: jedna spisana, druga powiedziana. Między niepewnym odgarnięciem rudych włosów a drgnieniem dziwnie sprytnych, jak na swoją pulchność, ust. Wieczna chwila zastanowienia drobnej dłoni przed pierwszym podpisem. Klucz mało brzęczący w kieszeni. Dużo oczu pełnych strachu, wyrzutów sumienia, za dużej odpowiedzialności za to, co już się stało. Szybko i nieodwołalnie. Nowe uczucie. Pewność, że tak musi być. Wędrowniczo, ryzykancko, epizodycznie. Spokojna świadomość, że tak będzie. Ze my tak mamy.

Zapisałam kartkę, przyszła Agata, przyszła Alicja. Za dużo rozruchów, wrzenia i pędzącego nurtu jak na Prowincję. Chwilę mówimy o kartonach i fordach transitach, firmach przeprowadzkowych i taśmach klejących, wychodzimy. Piękny Pies barwi myśli na gorączkową czerwień, zapominamy o jedynych możliwych terminach, niecierpiących zwłokach, fizycznych możliwościach w czasie i przestrzeni, podlewamy się czerwonymi płynami, przekonane, że zakotwiczyłyśmy bezpiecznie poza wydarzeniami na tę noc, na tym wysokim podeście, gdzie do palców przywiązują się nam cienkie, długie sznurki, które kończą się na różnych częściach ciala wszystkich ludzi siedzących przy stolikach i kanapach, i my tymi sznurkami poruszamy, animujemy tych wszystkich, nieświadomych niczego ludzi w knajpie, raz każemy im się śmiać, raz zalotnie spoglądać, raz zasypiać na stole, czasami tańczyć miedzy stolikami, czasami całować się w zapomnieniu, czasami rzygać w kiblu, albo gestykulować przesadnie, albo obserwować się nawzajem, albo milczeć, opierać głowę na czyimś ramieniu. W końcu staczamy się z tego podestu, biegniemy na Galla, który czeka jak zawsze, niczego nie przeczuwając. Nie pamiętamy snów zielonej nocy.

Rano okazuje się, że trzeba głowę przykleić z powrotem do szyi, łykamy wodę i aspirynę, wracamy do życia i świata, dzwonimy, firma Ł&M, która przeprowadza ludzi przyjedzie za 3 godziny, co oznacza, że z luźno zwisających dłoni stajemy się momentalnie mocno zaciśniętymi pięściami, chwiejne konstrukcje naszych ciał zbijają się w niewzruszone kupy mięśni i kości ze zgrubieniami, na dźwięk szczudlarskiego gwizdka rzucamy się na łeb, na szyję do szaf, pólek, komód i schowków, wygarniamy zawartość, jak leci, bez ładu i składu, potykamy się o rozciągnięte przez korytarz prześcieradła, kable i rozwinięte bandaże, szczudłami zastawiamy to, co się rozwala lub otwiera, biorę się za kuchnię, łyżki i widelce i toster i przyprawy i gąbki i talerze zwijam w zwartą glybę, pakuję w karton, karton okręcam taśmą, byle się trzymało, kopniakiem przesuwam karton do przedpokoju, gdzie są już te gotowe, widzę, jak z innych pokojów i łazienki suną do przedpokoju różnokształtne kartony, znów gwizdek, uwaga, jemy, raz, raz, gwizdek, koniec, wracamy, kartony suną dalej, układają się w stosy i piramidy, już słychać kroki na schodach, idą dwa milczące indywiduua z Ł&M, zabierają kartony do ciężarówki, już prawie nic nie ma, już nie wiem, za co złapać, aha, jeszcze lodówka, wywalam jedzenie z lodówki, ktoś wywala pranie z pralki, ktoś niechcący śmieci ze śmietnika, wchodzę na krzesło, ściągam żyrandol, nie mogę sobie poradzić, szarpię ten żyrandol byle jak, wchodzi pan właściciel.

 

Pyta, co tam, jak tam, mówi, nieźle sobie radzicie, jak już skończycie, zostawcie klucze na stole w kuchni i zatrzaśnijcie za sobą drzwi.

 

Zapraszam na zakupy ;)

Wypromuj się tutaj

1 komentarz
bozecialo  - 21/02/2009 22:00:29
Na chwile czas przestaje płynąć, wszystko zamiera, tylko głowy Agaty, Alicji i Marii odwracają się do powoli i spotykają się spojrzenia.

Po chwili panowie z Ł&M pakują ostatnie rzeczy do samochodu, jeszcze głowę z gipsu i pluszowego Krysznę i Alicję i Agatę też. Maria jeszcze chwile zostaję, działa gąbką i mopem i szmatą, naraz dzwoni telefon – skończyłaś? Chodź już do nas…wiesz, co? Bo my mieszkamy na Plantach...

Najnowsze wpisy

samotnosc pokoju hotelowego

26/05/2009 23:21:00

kapucynki

21/02/2009 21:59:11

Wpis bozecialo

20/02/2009 17:06:25

nocne historie

25/01/2009 17:24:51

Parkowa Street. Szczecin City.

04/01/2009 22:35:04

Niebezpieczne związki

20/11/2008 12:20:06

akcja onanagram

31/10/2008 17:57:26

Jak mi było na Mazurach

01/09/2008 16:19:02

Wszystkie wpisy