Najpierw był tekst i wielki strach. Wiadomo było, że jest gdzieś w Molierze zaczepione na delikatnych błonkach ziarenko, mały zarodek, który trzeba wyczuć i wyłuskać, delikatnie, palcami. Nie było wariacji, różnych świateł, którymi można by manewrować tak, że kształt mógłby być za każdym razem inny. Była tylko jedna możliwość. Trzeba było ją tylko w całości oddzielić od okalającej, grubej tkanki tekstu. Udało się.
Potem była Alicja i jej nowy kolor. Wzięła zarodkowy, łysy i ślepy tekst. Potarła czoło. Jej myśli były białe. Przyszły trzy trochę aktorki, które trochę jej przeszkadzały, trochę pomagały, trochę grały, a trochę miały inne sprawy. Patrzyłam, jak Alicja krąży wokół nich z nieustannym niepokojem, jakby powierzyła w ich trochę niepewne ręce drogocenne, cienkie szkło. Miała w głowie nienaruszalny rytm przedstawienia. Lodowoprzejrzystą pewność oczekiwanego obrazu. Wzdychała z niecierpliwością, kiedy trochę aktorki znaczyły jej biel ciemnymi smugami. Zarodek rósł nierównomiernie. Może od tej bieli? Zanikły mu wszystkie organy oprócz jednego. A ten, co został, rozepchał skórę, nadął się, przejął funkcje pozostałych. Pierwsza scena pochłonęła następne.
Potem była Maria i ucho przy drzwiach do sali teatralnej. Tekst brzmiał. Gładko, lekko, rytmicznie. Wzrosty i spadki. Niepokojące, drażniące pauzy dudniły w splocie słonecznym. W głowie huczały zapalane i gaszone ręką Alicji reflektory.
26/05/2009 23:21:00
21/02/2009 21:59:11
20/02/2009 17:06:25
25/01/2009 17:24:51
04/01/2009 22:35:04
20/11/2008 12:20:06
31/10/2008 17:57:26
01/09/2008 16:19:02
Wszystkie wpisybuahahaha
saille
kochamzus
divertimento
peanutbutter