Na Kronikarza Galla przyszło załamanie pogody. Być może w całym Krakowie wciąż było upalnie, a nienaruszona gładkość nieba, ewentualnie z puchatą, naiwną obecnością paru białych obłoczków wciąż rozciągała turystyczne usta w uśmiech bezkrytycznego zachwytu. U nas pociemniało. Poszarzało i zawiało. Wzbiły się w powietrze kurz, liście, śmieci. Zaszumiały krzaki przy Biprostalu zagłuszając mieszkające w nich jękliwe masturbacyjne odgłosy. Tylne drzwi na klatce schodowej zabrzęczały chybotliwością popękanych szyb. Zatrzepotały spódnice na balkonie, zatrzasnęły się same drewniane okna w mieszkaniu. Wiatr jesiennie zakręcił się wokół głowy, sypnął piaskiem w oczy, potargał i odwinął chustkę z szyi.
Na Kronikarza Galla przyszło zmęczenie i senność. Nieświeża pościel skłębiona na podłodze rozwlekła się z książkami, kartkami i kubkami po całym pokoju. Głowa skapitulowała i runęła na poduszkę obleczoną lepkością ciężkiego snu. Ni stąd ni zowąd przyszły z drugiego pokoju niebieskie opowiadania Stachury jak wspomnienie dzieciństwa z nocnych dziur. „Jak mi było na Mazurach”, opowiadanie gdzieś ze środka książki przyjęło moją głowę, która znów stoczyła się ze szczytu chybotliwego karku. Kartki ujęły policzek jak szorstkie dłonie.
Na Kronikarza Galla zakołowały dwa obrazy.
Najpierw Park Żeromskiego. Kolejna, może szesnasta, albo siedemnasta jesień szczecińska. Trzecia albo czwarta jesień czujna i szukająca. Beżowy płaszcz, długie włosy i bardzo jasna skóra tej jesieni. Niebieski Stachura pod pachą, czytany najintensywniej w historii na obdrapanych, zielonych ławkach. Stada krzykliwych kruków, gnijące liście i kłujące krzaki z zagłębieniami w kształcie wąskich ramion osłaniających kłęby pierwszego waniliowego dymu. Brązowe włosy skutecznie zasłaniały brzydki kwietny wzorek na beżowym płaszczu.
Potem Hal Hartley i pierwsza scena z filmu „Dziewczyna z Planety Poniedziałek”. Naga kobieta pływa w filmowo niebieskiej wodzie, długie włosy wiją się jak morskie rośliny. Nie jest kusząca, nie uwodzi uśmiechem czy błyskami oczu. Jest organiczna, żabia, ruchy są rybie, jakby woda była jej najnaturalniejszym środowiskiem. Czuję dawna tęsknotę za czystą wodą, bardzo rzadką, bardzo świeżą, zimną i przejrzystą. Przelewanie. Falowanie. Palce przeczesujące unoszące się w wodzie długie włosy.
Wstaję. Na półce za ścianą leżą trzy złamane cienkie szydełka, którymi zaplatałam dredy. Sięgam po jedno. Wbijam je w końcówkę dreda. Przeciągam w dół. Wypadają ze splotu połamane włosy. Przeciągam jeszcze raz. I jeszcze raz. Kosmyk rudych, potarganych włosów wypada znad ucha sięgając piersi. Obserwuję w lustrze jak na ramię spada drugi i trzeci chorobliwie puszysty kosmyk.
Prawie północ. Telefon.
„To dobrze, Marysiu. Idzie jesień. Czas wypuścić włosy na wiatr.”