Insygnium władzy Berciucha xD
Niecierpię zasypiać z pokruszonym serduchem, z tym dławieniem w gardle, spowodowanym nieobecnością Filka.
Ale z dwojga złego, lepsze to niż pobudka z takimi uczuciami. I poranki, kiedy musimy powtarzać sobie, że zostało jeszcze tylko kilka dni i znów się zobaczymy. Bo zasnę ze świadomością, że kiedy się obudzę, będzie już dzisiejsze jutro. A tym bardziej, że teraz zostało już tylko jutro i pojutrze, a czwartek... czwartek to nie zajęcia;) ale zaraz po odbębnieniu (i tak wątpliwego) półtoragodzinnego wykładu, polecę jak na skrzydłach na dworzec, wsiądę do jak najwcześniejszego pociągu, by cieszyć się znów cudownymi chwilami w jego towarzystwie.
Tak, jest pan Kangaroo. Ale on nie jest taki duży, cieplutki, nie wytuli i nie cmoknie w czółko na dobranoc.
I w jego towarzystwie nie będzie wesołych poranków - nie to co w towarzystwie Filka. Bo najpierw jest śmiech, a dopiero potem Filczyńscy.:P
Hmmm... może moje gadanie przez sen, wcale nie jest takie straszne. Szczególnie, że ostatnio zaczęłam nawijać całkiem od rzeczy i po dłuższym zastanowieniu stwierdzam, że w sumie to nie jest jakiś mega powód do wstydu:P
Kiedyś wkońcu rzucimy tą cholerną robotę. Bo ile można wyjeżdżać na te cholerne delegacje?
I czekam z utęsknieniem na wiosnę.
Wyjść na dwór, przewietrzyć mózg. Natchnąć się pozytywną energią.
Bo ja nie chcę deja vu sprzed kilku lat.
Chcę tu wytrwać, nie chcę się poddawać. Ale z tą pogodą, pozytywne nastawienie nie przychodzi lekko. A bez niego ani rusz.
Znaczy, przychodzi!
W weekendy.
A wraz z odjazdem pociągu do domu, zaczyna ono ode mnie uciekać, w kierunku przeciwnym do kierunku jazdy.