święta spędzone przy zumie, Xploding Plastix (nazwa dziwaczna, ale rewelacyjny acid jazz), The Smashing Pumpkins, Smykalu, Sidney'u Polaku ("przy komuterze miłe chwile"), sutym stole i zupełnie nieświątecznie.
dziwna tęsknota we mnie. za czymś (kimś?), za czym nie mam fizycznej możliwości tęsknić. zbliża się Coś, czemu już nie długo będe musiała stwić czoło. nie czuję już strachu, tylko lekką egzaltację. ostanio przychodzi wiele odczuc i dekodów rzeczywistości, które są zupelnie nowe, świeże i ciężko je nazywać swym ograniczonym słownictwem, jedyne słowa, które cisna mi się na usta i klawiturę - dziwność. może po prostu wyłączyć prąd, nie nazywać. nikt poza ludzmi z Grabówki nie skuma ostatniego zdania. może to i lepiej.
a w Grabówce... Kaja cos próbuje ugotować z dzisiejszego skipu Franka. kot (a własnie, gdzie są dzieci?), dwa psy, za dużo ludzi kręci się po kuchni. nie mam dzis bani na gotowanie. i skończył się tytoń. przyjmujemy dotację.
mam zbyt krytyczne podejście do tego co tu piszę, nawet nie tu, a w ogole. jednak ta polonistyka zryła mi troszkę czerep i nie zostanę wielką poetką, dzięki ktorej ludzie powrócą do czytania beat generation, jak sobie to marzyłam przy każdorazowym studiowaniu "Skowytu" Ginsberga. koniec tego paplania i bełkotu. bez odbioru, stay tuned.
tak dobrze mi tu. czasami wydaje mi się, że chyba odnalazłam swoje Witu, panie L.U.C.