Jak jest zbyt dobrze, to zawsze coś się musi spier. . . zepsuć. No i jednak nie dane mi w te wakacje odwiedzić Kłodzka. Wszystko już było gotowe; zapał, zakupiony bilet. Wystarczyło się tylko spakować. W głowie już spacerowałem po zaułkach Kłodzka, po zdrojowym parku w Kudowej, po starym cmentarzu w Dusznikach i zamku w czeskim Hradlcu. Cóż. Jednak się nie udało.
Mój imiennik, Tomasz Mann, napisał pewne opowiadanie; właśnie w związku z tym nieudanym wyjazdem, zrozumiałem, że tekst ten to jedna wielka parabola, chociaż do tej pory czytałem go tylko dosłownie. Opowiada nam mianowicie o chorobliwym samotniku Tobiaszu, który dla towarzystwa zakupił sobie psa. Bił go za byle nieposłuszeństwo, lecz częstokroć okazywał mu także bezgraniczną miłość i przywiązanie. Zdarzyło się raz, że przy karmieniu biedny pies skaleczył się nożem. . . Lecz zamiast streszczać dalej, oddaję głos niemieckiemu nobliście:
"Przerażony Tobiasz rzucił wszystko i schylił się nad rannym stworzeniem; nagle jednak wyraz jego twarzy zmienił się i prawdą jest, że przemknął po niej cień ulgi i szczęścia. Ostrożnie przeniósł skomlącego psa na sofę i nikt nie zdoła sobie wyobrazić, z jakim oddaniem przystąpił do pielęgnacji chorego. Nie odstępował go przez cały dzień, nocą pozwolił mu spać na własnym posłaniu, mył go i opatrywał, głaskał, pocieszał i żałował z niestrudzoną radością i pieczołowitością.
- Czy to bardzo boli? - pytał. - Tak, tak, cierpisz okrutnie, biedny mój zwierzaku! Ale leż cichutko, musimy to znieść. - Twarz jego była przy tych słowach spokojna, tęskna i szczęśliwa.
W miarę jednak jak Ezaw powracał do sił, stawał się coraz weselszy i zdrowiał, zachowanie Tobiasz stawało się coraz bardziej niespokojne i pełne niezadowolenia. Uważał obecnie za stosowne nie troszczyć się już o ranę, okazując psu swą litość wyłącznie przez głaskanie i słowa. Lecz proces powrotu do zdrowia posunął się już znacznie naprzód. Ezaw miał zdrową naturę i znowu zaczynał poruszać się po pokoju, aż pewnego dnia wychłeptawszy uprzednio cały talerz mleka z rozdrobnioną bułką, zupełnie już zdrów, zeskoczył z sofy i rozhukany po dawnemu, poszczekując radośnie zaczął śmigać przez oba pokoje, szarpać kołdrę, turlać przed sobą kartofel i z nadmiaru wesołości fikać koziołki.
Tobiasz stał przy oknie, przy doniczce, i podczas gdy jedna jego ręka, długa i wychudzona, wyzierając z postrzępionego rękawu, machinalnie kręciła włosy zaczesane głęboko na skronie, cała jego postać, czarna i dziwaczna, odcinała się od szarej ściany sąsiedniego domu. Twarz jego była blada i wykrzywiona troską i, nieporuszony, śledził skoki Ezawa spojrzeniem krzywym, zmieszanym, pełnym zazdrości i złym. Nagle zebrał się jednak w sobie, podszedł ku niemu, zatrzymał go i z wolna wziął go w objęcia.
- Biedny mój zwierzaku - zaczął żałosnym głosem. Ezaw jednak, rozbawiony i bynajmniej nieskłonny do tego, aby nadal pozwalać na traktowanie go w ten sposób, żwawo kłapnął zębami w kierunku ręki, która chciała go pogłaskać, wyrwał się z objęć, skoczył na ziemię, żartobliwie uskoczył w bok, zaszczekał i umknął wesoło.
To, co stało się potem, było czymś tak niepojętym i haniebnym, że wzbraniam się przed szczegółowym tego opisem. Tobiasz Mindernickel stał z rękami zwisającymi wzdłuż ciała, pochylony nieco do przodu, wargi jego były mocno zaciśnięte, a gałki oczu drżały niesamowicie we wgłębieniach. A potem nagle, dokonując czegoś w rodzaju szaleńczego skoku, pochwycił zwierze, w ręku jego zabłysnął jakiś duży, połyskliwy przedmiot i jednym cięciem, które biegło od prawej łopatki aż głęboko w pierś, powalił psa na ziemię - pies nie wydał żadnego dźwięku, upadł po prostu na bok, krwawiąc i drżąc...
W chwilę potem już leżał na sofie, Tobiasz zaś klęczał przed nim, przyciskał chustkę do rany i jąkał:
- Biedny mój zwierzaku! Biedny mój zwierzaku! Jakież to wszystko smutne! Jakże smutni jesteśmy obaj! Cierpisz! Tak, tak, wiem, że cierpisz - jakże żałośnie leżysz tu przede mną! Ale ja, ja jestem przy tobie! Ja cię pocieszę! Najlepszą moją chustkę...
Ezaw jednak leżał i charczał. Zmącone i pytające jego oczy pełne były niezrozumienia, niewinności i zwrócone oskarżająco na pana - potem wyprostował nieco łapy i zdechł.
Ale Tobiasz trwał nieporuszony w swej pozycji. Położył twarz na ciele Ezawa i gorzko płakał."
Tomasz Mann - "Tobiasz Mindernickel" w przekładzie Witolda Wirpszy
No właśnie. Jestem jak ów biedny Ezaw. Chociaż Tobiaszów miałem w życiu trochę, i powinienem się już przyzwyczaić, to jednak mimo wszystko trudno.
deodatokrk
- 09/09/2009 8:38:34
09/02/2012 1:51:17
04/02/2012 9:18:59
03/02/2012 22:45:01
02/02/2012 15:34:46
30/01/2012 7:12:54
28/01/2012 12:13:18
27/01/2012 20:08:11
23/01/2012 13:13:57
Wszystkie wpisyperi
citria
deodatokrk
przewodnikpokrakowie
mithra
rysik1
bezsiebie
aphelium
Wszyscy znajomi