zapraszam :)

Wypromuj się tutaj

'Ja to ktoś inny' 

2009/09/09   

 

« następne   poprzednie »

Jak jest zbyt dobrze, to zawsze coś się musi spier. . . zepsuć. No i jednak nie dane mi w te wakacje odwiedzić Kłodzka. Wszystko już było gotowe; zapał, zakupiony bilet. Wystarczyło się tylko spakować. W głowie już spacerowałem po zaułkach Kłodzka, po zdrojowym parku w Kudowej, po starym cmentarzu w Dusznikach i zamku w czeskim Hradlcu. Cóż. Jednak się nie udało.
Mój imiennik, Tomasz Mann, napisał pewne opowiadanie; właśnie w związku z tym nieudanym wyjazdem, zrozumiałem, że tekst ten to jedna wielka parabola, chociaż do tej pory czytałem go tylko dosłownie. Opowiada nam mianowicie o chorobliwym samotniku Tobiaszu, który dla towarzystwa zakupił sobie psa. Bił go za byle nieposłuszeństwo, lecz częstokroć okazywał mu także bezgraniczną miłość i przywiązanie. Zdarzyło się raz, że przy karmieniu biedny pies skaleczył się nożem. . . Lecz zamiast streszczać dalej, oddaję głos niemieckiemu nobliście:

"Przerażony Tobiasz rzucił wszystko i schylił się nad rannym stworzeniem; nagle jednak wyraz jego twarzy zmienił się i prawdą jest, że przemknął po niej cień ulgi i szczęścia. Ostrożnie przeniósł skomlącego psa na sofę i nikt nie zdoła sobie wyobrazić, z jakim oddaniem przystąpił do pielęgnacji chorego. Nie odstępował go przez cały dzień, nocą pozwolił mu spać na własnym posłaniu, mył go i opatrywał, głaskał, pocieszał i żałował z niestrudzoną radością i pieczołowitością.
- Czy to bardzo boli? - pytał. - Tak, tak, cierpisz okrutnie, biedny mój zwierzaku! Ale leż cichutko, musimy to znieść. - Twarz jego była przy tych słowach spokojna, tęskna i szczęśliwa.
W miarę jednak jak Ezaw powracał do sił, stawał się coraz weselszy i zdrowiał, zachowanie Tobiasz stawało się coraz bardziej niespokojne i pełne niezadowolenia. Uważał obecnie za stosowne nie troszczyć się już o ranę, okazując psu swą litość wyłącznie przez głaskanie i słowa. Lecz proces powrotu do zdrowia posunął się już znacznie naprzód. Ezaw miał zdrową naturę i znowu zaczynał poruszać się po pokoju, aż pewnego dnia wychłeptawszy uprzednio cały talerz mleka z rozdrobnioną bułką, zupełnie już zdrów, zeskoczył z sofy i rozhukany po dawnemu, poszczekując radośnie zaczął śmigać przez oba pokoje, szarpać kołdrę, turlać przed sobą kartofel i z nadmiaru wesołości fikać koziołki.
Tobiasz stał przy oknie, przy doniczce, i podczas gdy jedna jego ręka, długa i wychudzona, wyzierając z postrzępionego rękawu, machinalnie kręciła włosy zaczesane głęboko na skronie, cała jego postać, czarna i dziwaczna, odcinała się od szarej ściany sąsiedniego domu. Twarz jego była blada i wykrzywiona troską i, nieporuszony, śledził skoki Ezawa spojrzeniem krzywym, zmieszanym, pełnym zazdrości i złym. Nagle zebrał się jednak w sobie, podszedł ku niemu, zatrzymał go i z wolna wziął go w objęcia.
- Biedny mój zwierzaku - zaczął żałosnym głosem. Ezaw jednak, rozbawiony i bynajmniej nieskłonny do tego, aby nadal pozwalać na traktowanie go w ten sposób, żwawo kłapnął zębami w kierunku ręki, która chciała go pogłaskać, wyrwał się z objęć, skoczył na ziemię, żartobliwie uskoczył w bok, zaszczekał i umknął wesoło.
To, co stało się potem, było czymś tak niepojętym i haniebnym, że wzbraniam się przed szczegółowym tego opisem. Tobiasz Mindernickel stał z rękami zwisającymi wzdłuż ciała, pochylony nieco do przodu, wargi jego były mocno zaciśnięte, a gałki oczu drżały niesamowicie we wgłębieniach. A potem nagle, dokonując czegoś w rodzaju szaleńczego skoku, pochwycił zwierze, w ręku jego zabłysnął jakiś duży, połyskliwy przedmiot i jednym cięciem, które biegło od prawej łopatki aż głęboko w pierś, powalił psa na ziemię - pies nie wydał żadnego dźwięku, upadł po prostu na bok, krwawiąc i drżąc...
W chwilę potem już leżał na sofie, Tobiasz zaś klęczał przed nim, przyciskał chustkę do rany i jąkał:
- Biedny mój zwierzaku! Biedny mój zwierzaku! Jakież to wszystko smutne! Jakże smutni jesteśmy obaj! Cierpisz! Tak, tak, wiem, że cierpisz - jakże żałośnie leżysz tu przede mną! Ale ja, ja jestem przy tobie! Ja cię pocieszę! Najlepszą moją chustkę...
Ezaw jednak leżał i charczał. Zmącone i pytające jego oczy pełne były niezrozumienia, niewinności i zwrócone oskarżająco na pana - potem wyprostował nieco łapy i zdechł.
Ale Tobiasz trwał nieporuszony w swej pozycji. Położył twarz na ciele Ezawa i gorzko płakał."

Tomasz Mann - "Tobiasz Mindernickel" w przekładzie Witolda Wirpszy

No właśnie. Jestem jak ów biedny Ezaw. Chociaż Tobiaszów miałem w życiu trochę, i powinienem się już przyzwyczaić, to jednak mimo wszystko trudno.

Zapraszam! :D

Wypromuj się tutaj

1 komentarz
Photoblog.PRO deodatokrk  - 09/09/2009 8:38:34
Wreszcie wiem, jak masz na imię i cieszę się z tego ogromnie.
Tekst Manna bardzo wymowny, jakiś taki bliski i mnie.
A co do Lubiechowa, to - jeśli chcesz i masz czas - zaglądnij na pierwsze zdjęcie, gdzie napisałem kilka słów o tym miejscu. Krótko, to palmiarnia dla zamku w Książu, żyjąca dziś swoim życiem. W naszym ogrodzie byłem ostatnio i wybieram się tam znów, bo stale jest inny, kwitnie coś innego, panuje inna atmosfera. Chyba będę musiał wyciągnąć Cię na siłę, to wtedy się zbierzesz i wreszcie go odwiedzisz. Warto, zwłaszcza, że już jesień idzie i go zamkną niedługo... Pozdrawiam!!!

Najnowsze wpisy

Wpis ascaro

09/02/2012 1:51:17

Wpis ascaro

04/02/2012 9:18:59

Wpis ascaro

03/02/2012 22:45:01

smierc Szymborskiej

02/02/2012 15:34:46

Wpis ascaro

30/01/2012 7:12:54

Wpis ascaro

28/01/2012 12:13:18

Wpis ascaro

27/01/2012 20:08:11

Wpis ascaro

23/01/2012 13:13:57

Wszystkie wpisy