|
2012/05/25
|
||||||||||
|
||||||||||
|
||||||||||
- Jesteś idiotą! Zwykłym idiotą! Myślałeś, że ja? Ja Taylor Castillo mógłbym się kumplować z taką sierotą jak Ty?! - wykrzykiwał co chwila Tay. On stał w środku, a w tle widziałem dwóch, dobrze zbudowanych brunetów, ale nie mogłem dostrzeć ich twarzy.
- Przestań, przestań... - szeptałem pod nosem, zalany łzami.
- Ciota! - krzyknął mi w twarz co sprawiło jeszcze mocniejszy natłok smutku. Wziął metalowy pręt od gościa stojącego po jego lewej stronie i uniósł nad moją głową.
- Proszę, nie... - wyjąkałem, patrząc na niego.
- Zdychaj! - wrzasnął, zamachując swoją "bronią" i uderzył mnie tak, że zrobiło mi się ciemno przed oczyma.
Otworzyłem powieki.
Jasność.
Pierwsze na co spojrzałem był budzik stojący na szafce tuż obok łóżka. Była dokładnie, co do minuty, punkt szósta.
Tak to był tylko sen. Okropny koszmar, który sprawił, że zaraz eksplodowałbym z rozpaczy i strachu. To było nie do wytrzymania. Przetarłem policzki czując, że są mokre od łez. Przejechałem dłonią również po czole mokrym od potu, po czym energicznie wstałem. Nie chciałem już nawet na chwilę przysnąć, pomimo że byłem zmęczony. Nie miałem na to po prostu odwagi. Bałem się, że koszmar wróci. A może po prostu wcześniej miałem rację, że coś jest nie tak. Że to tylko wesoły początek znajomości z Tay'em. Że jeszcze dzisiaj na uczelni może przytrafić mi się horror z jego strony. Że ten sen to był zły znak by mnie ostrzec. No cóż... Musiałem chcąc nie chcąc iść do szkoły. Ale właściwie z drugiej strony, pomimo lęku, chciałem udać się tam. Chciałem do Taylor'a. Do osoby z którą pragnąłem się zaprzyjaźnić. Do człowieka, który jednym słowem odpędzał moje wszystkie smutki. Nieraz tak jest, że do kogoś mamy obawy, ale chcemy być z tą osobą. Tak jest, że niewiedza i strach pociągają nas do odkrycia tajemnicy jakakolwiek by ona była. Tak. Tak właśnie jest.
Widząc jak czas upływa poszedłem pod prysznic. Dziś miałem wykłady na ósmą, a była szósta trzydzieści, więc miałem szansę się nie spóźnić.